Dość długo trwało zanim dojrzałam do napisania kolejnego posta.... brak czasu to tylko standardowa wymówka każdego z nas. Zawsze jest czas, trzeba umieć sobie go zagospodarować lub po prostu jak ktoś chce to ustalić zaplanować.... Boże, co ja za brednie pisze... Mam taki nawyk, że cokolwiek robię w domu czy to jest sprzątanie, wyjście na spotkanie, wszystko musi być zaplanowane punkt po punkcie, jestem kobietą z krwi i kości 2 w 1 w dużej mierze optymistką, ale także realistką dość spontaniczna, trochę wariatka, ale w pozytywnym słowa znaczeniu. Lubie siebie, kocham życie.... ale nie o tym chciałam dzisiaj pisać.....
Naszły mnie smutne wspomnienia o moim ojcu, który odszedł na zawsze ode mnie w 11.04.2009 umarł na raka szpiku kostnego, ból jaki pozostał we mnie jest niewyobrażalny. Tyle mam mu do powiedzenia, pokazania, co zrobiłam ze swoim życiem od tamtego czasu. Nie mogę się z tym pogodzić jest mi trudno jak o tym myślę nie ma określonego czasu i nie jestem w stanie do dziś pogodzić się z jego śmiercią. W modlitwie staram się z nim kontaktować na pewno mnie słyszy przez mojego Anioła Stróża.
...Niestety nie byłam na to wszystko przygotowana, jak mój tata w pracy złamał łokieć miał w związku z tym 3 operacje, po 2 były wykonywane wszystkie badania i był zdrowy, po 3 operacji przy transfuzji krwi został zarażony szpik kostny i od tego się zaczęło. W jedyne pół roku zjadł go rak od środka wyniszczając mu cały organizm, a serce miał bardzo mocne, które nie dawało mu odejść z tego świata dopóki ja, moi dwaj bracia i moja mama nie przyjedziemy do Chicago i będziemy z nim.
Pamiętam, że chciałam już tam zostać na stałe aby się nim opiekować, żeby nie był sam, ale niestety Bóg chciał inaczej.
Wcale nie byłam przygotowana na jego śmierć, która nie wiadomo kiedy nadeszła i zabrała go, tyle mu miałam jeszcze do powiedzenia.... dla mnie jego śmierć też była nagła rak tak szybko się rozwinął, że lekarze nie dawali mu szans przeżycia, ale powiedzieli również że po raz pierwszy spotkali się z tak mocnym sercem jak miał mój tatuś organizm i wszystkie narządy przestały działać zniszczył je rak a serce nadal mocno biło. Pamiętam jak zawieźliśmy go 3 dni przed śmiercią do szpitala on wiedział, że odchodzi; przez pierwszy dzień spałam w szpitalu w poczekalni bo nie można było przy jego łóżku, potem nam pozwolili być z nim... trzymałam go za rękę i cały czas mówiłam do niego był w śpiączce podpięty do tlenu wiedziałam, że mnie słucha bo ściskał moją rękę, uśmiechał się jak powiedziała coś śmiesznego.... a nawet widziałam moment jak nagle otworzył szeroko oczy spojrzał nad nami, nie w nas, czyli dostał zaproszenie od Jezusa, że już czas na niego. Moja mamusia dotarła na czas do stanów, aby pożegnać miłość swojego życia. Pamiętam była już godzina 2:00 am 11.04.2009 jak pojechaliśmy do domu aby wziąć prysznic odświeżyć się i przespać wygodnie w łóżku choć 2 godziny aby już tego samego dnia pojechać znów do niego i być z nim. Wczesnym rankiem pojechaliśmy do Kościoła poświęcić baranka pomodlić się ... nagle poczułam ogromny smutek poszłam więc zapalić świeczkę i ucałować Jezusa na krzyżu myśląc cały czas o moim tacie. Już wychodziliśmy z kościoła jak zadzwonił telefon ze szpitala i wtedy pielęgniarka powiedziała, że nie męczył się odszedł we śnie o godzinie 2:00 pm. Z moim tatą zawsze łączyła mnie więź telepatyczna jak on czuł ból mnie w tym samym miejscu bolało przez kilka minut. I w kościele też to coś dziwnego poczułam, nie umiem tego wyjaśnić. Zanim doszliśmy do siebie, pojechaliśmy do szpitala. Odłączony od aparatury, owinięty w worek foliowy i ten spokój na twarzy, brak cierpienia. Nie miałam ochoty go tam zostawiać.....
Nie byłam przygotowana na jego śmierć....
Nasze życie na górze jest już zapisane, więc to była kolej życia. Choroby nie da się przewidzieć, pojawia się robi szkody, niszczy i zabija. Najlepszym lekarstwem jest pozostanie przy życiu i zapewnieniu własnej rodzinie bezpieczeństwa. Carpe Diem Chwytaj dzień, raduj się, weź życie w swoje ręce.
Będzie dobrze ja to wiem...
Prawdziwą sprawiedliwością jest przeżyć to, co się uczyniło innym. Arystoteles
Naszły mnie smutne wspomnienia o moim ojcu, który odszedł na zawsze ode mnie w 11.04.2009 umarł na raka szpiku kostnego, ból jaki pozostał we mnie jest niewyobrażalny. Tyle mam mu do powiedzenia, pokazania, co zrobiłam ze swoim życiem od tamtego czasu. Nie mogę się z tym pogodzić jest mi trudno jak o tym myślę nie ma określonego czasu i nie jestem w stanie do dziś pogodzić się z jego śmiercią. W modlitwie staram się z nim kontaktować na pewno mnie słyszy przez mojego Anioła Stróża.
...Niestety nie byłam na to wszystko przygotowana, jak mój tata w pracy złamał łokieć miał w związku z tym 3 operacje, po 2 były wykonywane wszystkie badania i był zdrowy, po 3 operacji przy transfuzji krwi został zarażony szpik kostny i od tego się zaczęło. W jedyne pół roku zjadł go rak od środka wyniszczając mu cały organizm, a serce miał bardzo mocne, które nie dawało mu odejść z tego świata dopóki ja, moi dwaj bracia i moja mama nie przyjedziemy do Chicago i będziemy z nim.
Pamiętam, że chciałam już tam zostać na stałe aby się nim opiekować, żeby nie był sam, ale niestety Bóg chciał inaczej.
Wcale nie byłam przygotowana na jego śmierć, która nie wiadomo kiedy nadeszła i zabrała go, tyle mu miałam jeszcze do powiedzenia.... dla mnie jego śmierć też była nagła rak tak szybko się rozwinął, że lekarze nie dawali mu szans przeżycia, ale powiedzieli również że po raz pierwszy spotkali się z tak mocnym sercem jak miał mój tatuś organizm i wszystkie narządy przestały działać zniszczył je rak a serce nadal mocno biło. Pamiętam jak zawieźliśmy go 3 dni przed śmiercią do szpitala on wiedział, że odchodzi; przez pierwszy dzień spałam w szpitalu w poczekalni bo nie można było przy jego łóżku, potem nam pozwolili być z nim... trzymałam go za rękę i cały czas mówiłam do niego był w śpiączce podpięty do tlenu wiedziałam, że mnie słucha bo ściskał moją rękę, uśmiechał się jak powiedziała coś śmiesznego.... a nawet widziałam moment jak nagle otworzył szeroko oczy spojrzał nad nami, nie w nas, czyli dostał zaproszenie od Jezusa, że już czas na niego. Moja mamusia dotarła na czas do stanów, aby pożegnać miłość swojego życia. Pamiętam była już godzina 2:00 am 11.04.2009 jak pojechaliśmy do domu aby wziąć prysznic odświeżyć się i przespać wygodnie w łóżku choć 2 godziny aby już tego samego dnia pojechać znów do niego i być z nim. Wczesnym rankiem pojechaliśmy do Kościoła poświęcić baranka pomodlić się ... nagle poczułam ogromny smutek poszłam więc zapalić świeczkę i ucałować Jezusa na krzyżu myśląc cały czas o moim tacie. Już wychodziliśmy z kościoła jak zadzwonił telefon ze szpitala i wtedy pielęgniarka powiedziała, że nie męczył się odszedł we śnie o godzinie 2:00 pm. Z moim tatą zawsze łączyła mnie więź telepatyczna jak on czuł ból mnie w tym samym miejscu bolało przez kilka minut. I w kościele też to coś dziwnego poczułam, nie umiem tego wyjaśnić. Zanim doszliśmy do siebie, pojechaliśmy do szpitala. Odłączony od aparatury, owinięty w worek foliowy i ten spokój na twarzy, brak cierpienia. Nie miałam ochoty go tam zostawiać.....
Nie byłam przygotowana na jego śmierć....
Nasze życie na górze jest już zapisane, więc to była kolej życia. Choroby nie da się przewidzieć, pojawia się robi szkody, niszczy i zabija. Najlepszym lekarstwem jest pozostanie przy życiu i zapewnieniu własnej rodzinie bezpieczeństwa. Carpe Diem Chwytaj dzień, raduj się, weź życie w swoje ręce.
Będzie dobrze ja to wiem...
Prawdziwą sprawiedliwością jest przeżyć to, co się uczyniło innym. Arystoteles
Komentarze
Prześlij komentarz